Sport.pl

Synowiec: Bajerski jeszcze pokaże swój talent? Wątpię, choć dobrze mu życzę

Niedawno odbyły się doroczne zawody żużlowo-lodowe w Opolu. Nie byłoby w nich niczego wyjątkowego, gdyby nie start Tomasza Bajerskiego, który po latach nieobecności przypomniał kibicom, że jest, mieszka w Polsce, odbył w więzieniu karę za swoje wcześniejsze grzechy i myśli nawet o powrocie do prawdziwego ścigania się na żużlu.
Bajerski ma 39 lat i jest to wiek, w którym inni potrafią osiągać szczyt swoich możliwości, o czym świadczą choćby kariery Tomasza Golloba, Grzegorza Walaska, Piotra Protasiewicza i wielu innych. Nie sądzę jednak, aby Tomasz Bajerski dał sobie radę w dzisiejszych realiach, choć życzę mu dobrze i pamiętam kilka jego fenomenalnych występów w barwach Stali Gorzów, jak choćby jego perfekcyjny występ w finale Mistrzostw Polski Par Klubowych w 1998 roku, kiedy to zdobył złoto razem z Krzysztofem Cegielskim, deklasując braci Gollobów. Dzisiaj jednak Bajerski jest raczej przykładem zmarnowanego talentu i utraconej szansy na zaistnienie w świecie poza żużlem. Jego los to dobry moment do przypomnienia sobie innych niespełnionych lub roztrwonionych talentów.

Rok młodszy od Bajerskiego był w Toruniu Tomasz Świątkiewicz, który jako junior potrafił stanąć na podium mistrzostw Polski, i to dla dorosłych. Przytrafiła mu się poważna kontuzja na żużlu, potem uszkodził sobie rękę przy noworocznym rzucaniu petard i zakończył karierę, zanim tak naprawdę ją zaczął.

Innym przykładem niebywałego talentu, który nie zdążył się rozwinąć, był tarnowski junior Paweł Jachym. Jeździł na żużlu zaledwie trzy lata i w tym czasie potrafił dotrzeć do finału Złotego Kasku, seniorskiego finału MPPK i wielu innych ważnych imprez. Gdzie jest ten człowiek dzisiaj? Nie wie nikt.

Marnowanie talentów miało miejsce we wszystkich polskich klubach. W Gnieźnie na przykład jeździło aż trzech braci Cieślewiczów - Tomasz, Dawid i Marek. Co jeden to większy kozak, ale żaden na żużlu nie dotrwał do trzydziestego roku życia. Tomasza - największego z nich zawadiakę - zapamiętam na zawsze z jednej z najpiękniejszych akcji na torze, jakie w życiu oglądałem. To był 14. bieg kultowego dzisiaj meczu Stali z Włókniarzem Częstochowa w Gorzowie, w roku 2000. Tomek nie tylko zamknął przy bandzie szarżującego Sławomira Drabika, wpuszczając na pierwsze miejsce Piotra Palucha, ale potem wyprzedził jeszcze po dramatycznej pogoni drugiego zawodnika gości, co pozwoliło gorzowskiej parze wygrać jeden z najbardziej porywających wyścigów w historii Stali. Niestety, Tomek nie miał smykałki do traktowania sportu na poważnie, za to miał tendencję do szukania kłopotów, gdzie tylko się dało. Miał wypadki nie tylko na żużlowym torze, ale również na drogach, szarżując na zwykłym motocyklu, i na jeziorach, gdzie rozbijał skutery wodne, oraz na dyskotekach - tam rozbijał przeciwników przy użyciu rąk. Szkoda, bo nie ma go dzisiaj nawet w okolicach żużla, choć jego rówieśnicy jeżdżą nadal. Jego brat Dawid miał tyle kontuzji, że można by nimi obdzielić pół ligi, a jak już połamał wszystkie kości, to dał sobie spokój, bo dalej jeździć się nie dało. Najmłodszy z nich, Marek, miał chyba najwięcej talentu do żużla z całej trójki, ale że równo mocno jak żużel kochał różne używki, więcej czasu niż na torze spędzał w więziennych celach, na skutek czego skończył karierę tak szybko jak bracia.

W 2001 roku byłem na finale mistrzostw świata juniorów w angielskim Peterborough, gdzie niespodziewanie, acz w pełni zasłużenie złoto zdobył zawodnik z Zielonej Góry - Dawid Kujawa, a dopiero trzeci był faworyt Rafał Okoniewski, startujący wówczas w barwach Stali. Do dzisiaj nikt mi nie potrafi wytłumaczyć, jak to się stało, że już kilka lat później mistrz świata zaniechał kariery żużlowca, na stałe osiadając w Szwecji.

Także w Gorzowie nie brakowało straconych talentów. To nie tylko Paweł Hlib, który w ubiegłym roku poderwał się jeszcze do lotu w ekstraligowym zespole, aby już w nadchodzącym sezonie znaleźć swoje miejsce gdzieś na antypodach prawdziwego żużla, skąd wydostać się będzie bardzo trudno. To również Łukasz Stanisławski, który jako junior zdradzał wielki talent do ścigania się. Chciał go realizować w Bydgoszczy, gdzie przeniósł się wbrew woli gorzowskiego klubu. Wygrał tam kilka ligowych wyścigów, ale potem zainteresował się tym wszystkim, co jest poza żużlem, i zniknął ze sportu na zawsze, choć pewnie w Gorzowie jeździłby do tej pory. Wielkim i niespełnionym talentem był też Andrzej Głuchy, który nie znalazł w Gorzowie uznania i cierpliwości, co zmusiło go do wyjazdu w Polskę, gdzie, niestety, pozbawiony oparcia środowiska dał sobie spokój ze sportem. Też wielka szkoda.

Zmarnowanym talenciakom z Gorzowa warto kiedyś poświęcić odrębny felieton, bo było ich tylu, że można by nimi obdzielić połowę ligi. Na szczęście w tym roku będziemy mieli i Bartka Zmarzlika, i Adriana Cyfera, bo talent Łukasza Cyrana, niestety, zmierza chyba w tym samym kierunku co wielu wyżej opisanych.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radni

Więcej o: