Sport.pl

Soczi 2014. Przyjaciółki z Łysej Góry pędzą na sankach z prędkością 100 km/h

Ireneusz Klimczak
29.01.2014 , aktualizacja: 01.02.2014 20:02
A A A Drukuj
Olimpijki z UKS Nowiny Wielkie. Na pierwszym planie Natalia Wojtuściszyn, za nią Ewa Kuls

Olimpijki z UKS Nowiny Wielkie. Na pierwszym planie Natalia Wojtuściszyn, za nią Ewa Kuls (Fot. Ireneusz Klimczak/Agencja Gazeta)

Zielone światło oznacza, że piekielnie szybka, lodowa rynna, która nie wybaczy najmniejszego błędu, jest właśnie wyłącznie dla jednej z nich. W ciągu 30 sekund trzeba jak najlepiej ruszyć, bo start ma tu kolosalne znaczenie, a potem jazda, grubo ponad 100 km na godzinę... Natalia Wojtuściszyn i Ewa Kuls z UKS Nowiny Wielkie wykonały już setki ślizgów, przed nimi jednak te najważniejsze, o nich dotychczas wyłącznie śniły. Walka na igrzyskach olimpijskich w Soczi.
- Na zawodach niektórzy pytają się nas, czy to Gorzów Wielkopolski jest koło Nowin Wielkich, w saneczkarstwie akurat ta hierarchia jest właściwa, nasza wieś wyrosła ponad miasto - śmiała się Zofia Pocztarek, prezes Uczniowskiego Klubu Sportowego. Klub powstał w 1996 roku. W szkole w Nowinach Wielkich nie było sali gimnastycznej i szukali sposobu jak mimo wszystko rozruszać miejscowe dzieciaki. Pomogła... Łysa Góra. W nowińskim lesie wytyczono naturalny tor, udało się załatwić pierwsze sanki. Żarty z tego, że przy zachodniej granicy można poważnie zająć się saneczkarstwem, szybko zamieniły się w podziw. - W Polsce miejsce nie ma znaczenia, bo przecież i tak nie ma ani jednego, profesjonalnego toru do treningu - mówiła prezes Pocztarek. - Wystarczy znaleźć górkę i przede wszystkim ludzi z pasją. Dziś możemy się chwalić czwórką olimpijczyków, ale przede wszystkim najlepszym klubem w naszej dyscyplinie w kraju. Też zaraz jedziemy na olimpiadę, z naszą młodzieżą. Tam będziemy czekać na jak najlepsze wieści z Soczi.

Przyjaciółki od przedszkola

Gdy powstawał UKS, Natalia Wojtuściszyn miała trzy lata, a Ewa Kuls - pięć. Obie mieszkają w Świerkocinie - to wieś licząca kilkuset mieszkańców, 2 km od Nowin Wielkich. - Bawiłyśmy się z Ewą już w przedszkolu, nie mogło być inaczej, skoro nasze domy dzieli 50 metrów - opowiadała Natalia. - Wyrosła z tego fajna przyjaźń, teraz jesteśmy blisko siebie również w czasie sportowej przygody. W jednym pokoju na każdym wyjeździe. Nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej.

Dziś obie panie to już dorosłe kobiety, studentki - Kuls na sportowej uczelni w Gorzowie, a Wojtuściszyn w Katowicach. Ewa - we wrześniu skończy 23 lata - wyższa, brunetka mierząca 177 cm, Natalia, która 21. urodziny będzie obchodzić 2 lutego, sporo niższa. - Bez jakichkolwiek predyspozycji do saneczkarstwa - żartowała Wojtuściszyn, aktualna mistrzyni Polski seniorek. - Start w naszej dyscyplinie jest kluczowy i tutaj dłuższe ręce, aby porządnie się odepchnąć, przydają się - dodała Kuls, wicemistrzyni kraju. - Wzięłabym od Natalii nieco kilogramów i siły. Z naszej dwójki można złożyć naprawę niezłą zawodniczkę [śmiech].

A właściwie to dlaczego saneczki? - W szkole w Nowinach każdy ich spróbował, zimą na śniegu, a latem na rolkach - opowiadała Kuls. - Trener Jacek Zagozda nikomu nie przepuścił. Uprawiałam lekką atletykę, ale w końcu dałam się namówić na zjazd z górki na pazurki. Poczułam się niesamowicie. Myślę, że Natalia powie dokładnie to samo. Zaraziłam się i na razie nie wyobrażam sobie, abym mogła robić coś innego.

Inspiracja na Łysej Górze

W 2006 roku na igrzyska do Turynu pojechała dwójka mężczyzn z UKS - Krzysztof Lipiński i Marcin Piekarski. W tym tygodniu, już jako pełnoprawne olimpijki, w biało-czerwonych strojach wróciły do korzeni Ewa z Natalią. Nie ma w kraju toru do uprawiania saneczkarstwa lodowego, a więc od listopada, cały czas są w rozjazdach. Były w domach kilka dni na święta, czasami udało się przespać u bliskich, po którymś z Pucharów Świata.

Nasze saneczkarki znalazły jednak chwilę, aby poszukać inspiracji na Łysej Górze. Wsiadły też na sanki, ale takie dla początkujących. Biła od nich znakomita wiedza o dyscyplinie, którą uprawiają i wielka pasja. Sport w najczystszej postaci, bo na saneczkach nie da się zjechać w Polsce po wielkie pieniądze. Ewa i Natalia marzą o dobrym wyniku i stypendium, dzięki któremu nie będą musiały zbyt wcześnie kończyć swoich karier, bo doświadczenie w saneczkach lodowych ma duże znaczenie.

Czasem tak chodzę, żeby nie widać było siniaków

- Staramy się gonić najlepsze, ale nie jest to proste, ustępujemy choćby sprzętem, którego nigdy nie będziemy miały takiego jak światowa, ścisła czołówka - opowiadały zawodniczki z Nowin Wielkich. - I tak nasze wyniki są niezłe, patrząc na kraje, które nie mają swojego toru i nie produkują sanek.

Jak dochodzi się do światowego poziomu? Ile razy trzeba przezwyciężyć strach? Przecież w lodowej rynnie prędkość 100 km na godzinę to normalna sprawa. - Gdybym wsiadając na sanki myślała o strachu to lepiej w ogóle tego nie robić - stwierdziła Wojtuściszyn. - Każdy zjazd musi być ułożony w głowie dużo wcześniej. Najpierw robi się nieco zimno, ale zaraz adrenalina tak skacze, że nikt tego nie czuje. Liczy się tylko jak najlepszy start, bo każda, stracona część sekundy na początku, to dużo gorszy wynik na mecie. Latem, gdy pracujemy nad kondycją, właśnie ćwiczymy też starty na specjalnym wieżach.

- Próby są liczone w setki, aby z każdym rokiem poprawiać się. Dalej zakręt za zakrętem, na jednym instynktownie przejeżdżamy już następny, bo po sekundzie, małym błędzie, może być po wszystkim. Upadki? No cóż, są wpisane w naszą dyscyplinę. Czasami tak chodzę po powrocie do domu, aby rodzice nie zobaczyli wielkiego siniaka na udzie. Trener kadry Marek Skowroński filmuje nasze zjazdy w tych miejscach, gdzie mylimy się najbardziej. Oglądamy, rozmawiamy, czasami się czerwienimy za nasze wyczyny. I tak z każdym ślizgiem do przodu, aby być jeszcze lepsze, bliżej tych najlepszych - tłumaczy Wojtuściszyn.

Marzy nam się niespodzianka

W Soczi Ewa i Natalia wystartują w jedynkach, a także lepsza z nich w sztafecie, gdzie Polska ma największą szansę na wysokie miejsce i stypendia, zabezpieczenie na kolejny sezon. W pojedynkę nasze zawodniczki, czasami znajdujemy w Pucharach Świata w końcówce drugiej dziesiątki. W Rosji, z racji ograniczenia liczby startujących, konkurencja będzie jednak nieco mniejsza. 10, 11 i 13 lutego będą ściskać za nie kciuki całe Nowiny Wielkie i z pewnością nie tylko.

- Jasne, że marzy nam się niespodzianka´ miejsce w pierwszej dziesiątce, o to będziemy walczyć - obiecały nasze olimpijki. - To będą wyjątkowe zawody, bo czekają nas aż cztery ślizgi, a nie dwa jak w pucharze, w czasie których koniecznie trzeba wytrzymać presję i dotrzeć do mety, bo to na koniec, przy sumowaniu czasów, może mieć ogromne znaczenie. Rozmawiałyśmy z trenerem Lipińskim o igrzyskach. Namawiał nas, abyśmy chłonęły wszystkie wyjątkowe momenty i tak mamy zamiar robić. Nie wiemy, czy będziemy na otwarciu, bardzo byśmy chciały. Także poznać na przykład Adama Małysza, który w sportach zimowych doszedł niewiarygodnie daleko. Dopiero w domu, przez telefony, wywiady poczułyśmy, że stałyśmy się częścią czegoś niezwykle ważnego. Lepiej, że z nas, debiutantek, całą presję zabiorą skoczkowie, czy Justyna Kowalczyk.

Mamy robotę do wykonania

Po naszych startach będziemy miały parę dni do wylotu, liczymy, że zobaczymy ich w akcji i podopingujemy. Najpierw jednak same mamy do wykonania robotę życia, nie chcemy nikogo rozczarować, damy z siebie tyle, na ile nas stać, tego jesteśmy pewne. Marzenia się spełniają. To takie proste zdanie, ale jak bardzo prawdziwe. Ewa Kuls i Natalia Wojtuściszyn, sąsiadki z malutkiego Świerkocina jadą na igrzyska olimpijskie. Czy ktoś w to uwierzy? - zakończyły olimpijki z Łysej Góry.



Zobacz więcej na temat:

  • 62
Komentarze (7)
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX