Synowiec: Zamknięcie ligi? Bolesne, ale wszystko dla uratowania kochanego żużla

Za niewiele więcej niż dwa miesiące rozpoczną się pierwsze przedsezonowe sparingi, a żużlowa prasa nadal swoją uwagę poświęca finansom polskiego żużla, a raczej lamentuje nad jego kondycją. Przeprowadzony właśnie audyt, czyli kontrola sytuacji finansowej pierwszej i drugiej ligi, przynosi zatrważające wyniki.
Spośród kilkunastu kontrolowanych klubów poza ekstraligą tylko dwa lub trzy mogą spokojnie przygotowywać się do sezonu. Reszta żyje na kroplówkach i nadziejach pokładanych w Opatrzności. Na zapleczu ekstraklasy mamy więc prawdziwy dramat, a jego głównymi aktorami są spadkowicze - Gniezno i Bydgoszcz. Nic więc dziwnego, że kolejne kluby, także z polskiej, żużlowej elity zaczynają otwarcie mówić o swoich problemach i brzmi to wiarygodnie jak nigdy dotąd. Niemal wszyscy zastawili swoje rodowe srebra, aby walczyć o medale, ale po sezonie część klubów ogłosi upadłość, jeśli sprawy nadal będą iść w złym kierunku, a przecież idą.

Dziennikarz "Sportowych Faktów" Damian Gapiński rzucił ostatnio hasło natychmiastowego zamknięcia ligi, celem ratowania klubowych finansów. Co to oznaczałoby w praktyce? Ano to, że po sezonie nikt by nie spadał, chyba że na własne życzenie zaczynałby od niższej ligi, ale też zwycięzca pierwszej ligi awansowałby do ekstraligi tylko wtedy, gdyby spełnił surowe warunki finansowe. Jaki byłby cel takiego zabiegu? Dać klubom odpocząć od swoistego wyścigu szczurów, zbudować stabilne, niezbyt kosztowne składy, znacznie mocniej zadbać przez kilka lat o wyszkolenie własnych juniorów. Nie żyć ponad stan, kiedy brakuje kasy, a wszystko to bez obawy, że dotknie nas spadek, bo przecież ekstraklasa i tak od kilkunastu lat obraca się w tym samym kręgu około dziesięciu zespołów, a reszta jeździ, bo tak trzeba. Bez myśli o awansie i wielkim wyczynie - Rawicz, Krosno, Opole, Łódź itd.

Pomysłowi temu przyklasnął znany działacz z Torunia Jacek Gajewski, dzisiaj mówiący mocnym głosem, bo stoi na klubowym uboczu. Jest za takim rozwiązaniem, choć kibicuje Unibaksowi, który akurat kasy ma pod dostatkiem. Pytanie tylko: jak długo?

Odezwał się też prezes gorzowskiej Stali Ireneusz Maciej Zmora, który również pomysł zamknięcia ligi popiera, dodając od siebie przywrócenie KSM, co zniweczyłoby różnice pomiędzy bogatymi i biednymi. Wskazuje przykład najważniejszych lig na świecie w innych dyscyplinach jak koszykówka amerykańska, hokej, baseball czy futbol, gdzie rozgrywki od dawna są zamknięte, a dopływ nowych zespołów reguluje posiadanie odpowiedniego budżetu i aprobata zarządu ligi. Podoba mi się jasne stanowisko prezesa Zmory, który wskazuje, że nie zależy mu tylko na najbliższym sezonie, ale żużlu widzianym przez pryzmat kilku najbliższych lat. Tak trzymać.

Wszystkie te głosy popieram, choć jako kibic żużla jestem przyzwyczajony do spadków i awansów, związany z emocjami dostarczanymi przez te wydarzenia. Rozumiem jednak potrzebę generalnego uporządkowania całego polskiego żużla. Mniej pieniędzy i mniej wunderteamów wcale nie oznacza mniej sportowych emocji. Przecież 20 lat temu Węgier Antal Kocso, jeden z liderów Stali, przyjeżdżał na mecze do Gorzowa wysłużonym kombi, wożąc w bagażniku dwie maszyny ze stojącymi silnikami, bo nie stać go było na busa. Zarabiał od 1,5 tysiąca do 2,5 tysiąca marek niemieckich (za komplet punktów), czyli na obecne realia od 3 do 5 tysięcy złotych, miał za mechanika własne ręce i czasem pomoc żony. I to mu się opłacało, a nie muszę żadnemu z kibiców przypominać, jaki to był zawodnik, na torze walczył jak lew. Wiele wyścigów z udziałem Węgra w naszej lidze na zawsze zostanie w pamięci. Wtedy były emocje nie mniejsze niż obecnie, a w lidze liczyło się więcej zespołów niż dzisiaj. Nie ma więc co się bać mocnych zmian, bo bez nich niestety nie będzie też żużla. Pęd zawodników do kasy, którzy bardziej przypominają krwiożercze pijawki, wysysające z klubowych kas ostatnią krew, musi zostać powstrzymany. Przecież oni nie muszą po jednym sezonie być milionerami, a ich ojcowie, babcie i znajomi niech zajmą się inną pracą, przecież nie zawsze byli "przy żużlowcu". Mercedesów nie trzeba zmieniać co sezon, to przecież wytrzymałe samochody.

Dla porządku jednak muszę wspomnieć, że inne zdanie co do zamknięcia ligi ma żużlowy komentator Krzysztof Cegielski, który twierdzi, że takie rozwiązanie będzie miało więcej minusów niż plusów i liczy na zdrowy rozsądek prezesów, jako jedyne lekarstwo, które ma nas uchronić przed finansową zapaścią. Jednak akurat on stoi po stronie pijawek, nic więc dziwnego, że będzie bronił ich dotychczasowej pozycji. Dzisiaj w polskim żużlu jest tak, że mamy bogatych zawodników i biedne kluby. Czas wreszcie przywrócić ład w przyrodzie i uratować kochany przez nas sport.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny

Więcej o: