Jerzy Synowiec: Żużel bez Unibaksu przetrwa, z Unibaksem już niekoniecznie

Aby uznać karę za właściwą, konieczne jest zrozumienie przez ukaranego swojego niewłaściwego postępowania i choćby elementarna skrucha. A co zrobiły władze Unibaksu? Zażądały obustronnego walkowera, stu tysięcy złotych od Falubazu i udają, że właściwie nic się nie stało, wspierając się jakąś kompromitującą nawet studenta prawa opinią prawną. Nadal ośmieszany jest żużel, a kpiny z kibiców stały się czymś zupełnie normalnym.
Przez chwilę wydawało się, że skandal wynikający z zachowania toruńskiego Unibaksu - niech nazwa ta będzie w żużlu przeklęta na wieki - w finale ekstraligi, zakończy się szybkimi i surowymi karami, które zniechęcą potencjalnych naśladowców.

Oburzona jest cała sportowa prasa, byli i obecni zawodnicy, działacze, trenerzy, minister sportu, kibice, szef PZMot oraz telewizje. Dla porządku trzeba wymienić kto nie jest oburzony - kierownik i prezes Unibaksu, a nadto Władysław Gollob i Władysław Komarnicki. Tytuły mówią same za siebie: "Wstyd i hańba", "Srebro? Za co?", "Czarna rozpacz zamiast gali", "Nie kończymy tematu", "Grzech śmiertelny", "Czarny pijar nad ekstraligą", "Łańcuszek odpowiedzialności a skandal", "Największy skandal w historii sportu żużlowego" i tak dalej i podobnie...

Tydzień temu pisałem, że szybka reakcja władz dyscyplinarnych ekstraligi, a następnie Trybunału PZMot, powinna zamknąć sprawę. Uważałem wówczas, że odebranie Unibaksowi srebrnych medali, obciążenie ich karami finansowymi i odszkodowaniami oraz odsunięcie od żużla autorów skandalu wystarczą. Dzisiaj już tak nie uważam. Minęło ledwie kilka dni, a sytuacja zmieniła się diametralnie. Aby uznać karę za właściwą, a więc za taką, która będzie kształtowała poczucie sprawiedliwości na przyszłość, konieczne jest zrozumienie przez ukaranego swojego niewłaściwego postępowania i choćby elementarna skrucha. Co zrobiły władze Unibaksu? Otóż zażądały obustronnego walkowera, stu tysięcy złotych od Falubazu i udają, że właściwie nic się nie stało, wspierając się jakąś kompromitującą nawet studenta prawa opinią prawną. Nadal więc ośmieszany jest żużel, a kpiny z kibiców stały się czymś zupełnie normalnym. Właściciel toruńskiego klubu oraz uzależnieni od niego jak pies od budy działacze zachowują się w myśl zasady: "Po nas choćby potop".

Taka sytuacja wymaga zupełnej zmiany podejścia do sprawy po stronie żużlowych władz. Toruń nie może pozostać w ekstralidze. Musi nastąpić degradacja, a każde inne rozwiązanie, w świetle powyższych faktów, będzie odczytywane jako słabość żużla i niezdolność do samooczyszczenia się. Wierzę jednak w prezesa PZMot Andrzeja Witkowskiego, który moim zdaniem jest na tyle silny, aby sobie z całą sytuacją poradzić, bo prezesi klubów, a przynajmniej ich część, już teraz ma pełne pampersy ze strachu przed panem Karkosikiem. Żużel bez Unibaksu przetrwa, ale z Unibaksem już niekoniecznie, a jeśli nawet, to jako sport zdegenerowany, skarlały i pikujący w dół. Szambo musi zostać zasypane, bo nawet sadzenie wokół niego kwiatków, smrodu nie zadusi.

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka, tym razem z żużla światowego, cokolwiek to pojęcie znaczy. W sobotę w Toruniu odbędzie się ostatni turniej tegorocznego cyklu Grand Prix. Tytuł zdobędzie Tai Woffinden, który już teraz zapowiedział, że nie może się doczekać zakończenia sezonu, bo obiecał sobie, że tuż po ostatnim starcie zrobi sobie na twarzy tatuaż własnej matki. Szyję ma już ozdobioną, ręce i uszy też, więc naturalne jest, że kolejne tatuaże powinny pojawić się na czole i policzkach. Będziemy więc mieli mistrza świata, który swoim wyglądem spuentuje upadek całej dyscypliny.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny