Synowiec: Drużynowa, żużlowa farsa - rosyjscy juniorzy, Łotwa, słabi Szwedzi i Gino Manzares

Drużynowe mistrzostwa świata na żużlu nosiły w przeszłości różne nazwy i były rozgrywane w różnych formułach, przeżywając i lata świetności (np. lata 60.), i lata całkowitego upadku - lata 90., i zawody w Pile. Dzisiaj są rozgrywane nadal, choć powoli brakuje chętnych do udziału w walce na serio bądź co bądź o medale mistrzostw globu, obojętnie zresztą, co ten tytuł znaczy.
Rozgrywane w ostatnich dniach półfinały tych zawodów nie nastrajają optymistycznie, ale mogą stanowić podsumowanie znaczenia polskiego żużla w świecie.

Punktem wyjścia może być na przykład rok 1990 i zawody rozgrywane na torze Stali Gorzów, jako finał "B" mistrzostw świata. Zwycięzca był premiowany awansem do prawego finału. Polacy nie liczyli się wówczas ani indywidualnie, ani drużynowo, ale atut własnego toru dawał pewne nadzieje. Startowali Australijczycy, Węgrzy, Finowie i reprezentacja Polski. Gorzowscy kibice jakby wyczuli, co się może zdarzyć, i na stadionie zasiadła ich garstka. Dokładnie tak jak na trybunach częstochowskiego Włókniarza w ostatnią niedzielę. Wygrali Australijczycy, co nie było niespodzianką, bo "Kangury" były zawsze silne, ale drugie miejsce niespodziewanie zajęli Węgrzy, w barwach których startowali m.in. Adorjan, Nagy, Bodi i Hajdu. Dzisiaj Węgrów nie ma już w żużlu w zasadzie wcale, a kilku ścigających się tam zawodników to całkowici amatorzy. Trzecie miejsce w zawodach zajęli Finowie, którzy po ciężkim boju wyprzedzili naszą reprezentację z Tomaszem Gollobem i Ryszardem Franczyszynem na czele. Wśród Finów wyróżnił się Olli Tyrvainen, który rok później dostał angaż w Stali.

To był upadek polskiego żużla do poziomu, którego nigdy potem na szczęście już nie osiągnięto. Absolutne dno i zupełna bezradność - i sprzętowa, i organizacyjna. Dzisiaj większość kibiców nawet nie wie, czy na Węgrzech lub w Finlandii żużel jeszcze istnieje, ale wtedy bił nas każdy, kto chciał.

Po 23 latach historia zatoczyła koło. Ci, którzy lali nas wówczas bezlitośnie, są dla naszej reprezentacji jedynie tłem. Dzisiaj polski żużel i sportowo, i organizacyjnie wyprzedza o kilka długości wszystkie pozostałe kraje, gdzie tylko ten sport jest uprawiany, z Anglią i Szwecją na czele. To dzisiaj my mamy superligę, w której startują bez wyjątku wszyscy najlepsi na świecie i to mamy możliwość wystawienia kilku równorzędnych reprezentacji (nawet składających się z samych juniorów), które bez większego trudu awansują do drużynowego finału.

Co ma obecnie reszta świata? Ano smutek i zgrzytanie zębów. Poza Danią nikt nie jest w stanie z nami konkurować. Anglia to dzisiaj właściwie jeden zawodnik (Tai Woffinden), a i on jest właściwie Australijczykiem, tyle że przefarbowanym na Anglika. USA to dojeżdżający do sportowej emerytury Greg Hancock, a Szwedzi w obliczu kontuzji kilku swoich zawodników nie byli w stanie wystawić reprezentacji, która mogłaby rywalizować z samym Hancockiem. Półfinały były zatem farsą, w trakcie której mogliśmy oglądać takie zjawiska jak Amerykanin Gino Manzares, rosyjscy juniorzy, którzy z trudem radzą sobie w naszej drugiej lidze, reprezentację Łotwy, która ma jeden klub i około dziesięciu zawodników z licencją, itd. Prawdziwy smutek tropików. Cóż więc z tego, że jesteśmy najlepsi na świecie, skoro ten świat skurczył się nam jak suszona śliwka węgierka. Zdobędziemy z pewnością kolejne złoto - już srebro będzie porażką - w zawodach, które obejrzy tysiąc, może dwa tysiące kibiców i które wywołają minimalne zainteresowanie światowych mediów, a i w Polsce przejdą obojętnie.

Czy jest jakiś ratunek dla takiego stanu rzeczy? Obawiam się, że nie, bo światowy żużel, czy chcemy tego, czy nie, zwija ogon. Światowy żużel to dzisiaj tak naprawdę Polska i bez Polski żużel upadnie w ciągu kilku lat, bo i Grand Prix jest utrzymywane przez polskie miasta i zawodnicy startujący w tym cyklu mają na to pieniądze z polskich klubów. Dobitnym przykładem są Rosjanie. W ich kraju na sport idą gigantyczne pieniądze (igrzyska olimpijskie, piłka nożna, siatkówka). Mają świetnych żużlowców, ale już biedną ligę, a reprezentacji nie stać nawet na opłacenie swoich liderów. A przecież bracia Łagutowie plus Sajfutdinow medal mieliby jak w banku. O tempora, o mores! I znikąd ratunku...