Synowiec: Ze światowym żużlem jak z najpiękniejszą Polką. Nie wiadomo, która jest najładniejsza

Pierwszy turniej Grand Prix na żużlu za nami. Myli się jednak ten, kto sądzi, że to początek tegorocznych sportowych emocji na najwyższym poziomie.
Bowiem już po pierwszym, radosnym dla nas turnieju rozgorzała niemal wojna pomiędzy organizatorem cyklu Grand Prix, czyli brytyjską firmą BSI z jednej strony, z drugiej zaś strony PZMotem i popieraną przez niego polską firmą One Sport Marketing, która chce już od tego roku organizować indywidualne mistrzostwa Europy, na wzór i podobieństwo Grand Prix.

Nie sądzę, aby interesy obu firm dało się pogodzić, tak jak moim zdaniem nie da się pogodzić budowania prestiżu niemal dwóch bliźniaczych rozgrywek, które różnić się będą wyłącznie tym, że w mistrzostwach Europy nie będą startowali Hancock (i tak za chwilę kończy karierę) oraz Australijczycy Holder i Ward - ten ostatni ma zresztą również obywatelstwo angielskie i jak zechce, będzie Europejczykiem. Tak naprawdę różnicę stanowi więc jedynie Chris Holder. Chyba że i on znajdzie babkę w Europie. Bardziej prawdopodobny jest taki scenariusz, w którym i prestiż Grand Prix, i prestiż IME bardzo ucierpią, a same rozgrywki, i tak powoli więdnące, w końcu upadną, tak jak upada dzisiaj liga angielska.

Dziś wszyscy zamierzają na żużlu zarobić, a prestiż i rozwój tej dyscypliny nikogo nie interesuje. Przecież i BSI, i One Sport Marketing chcą tylko jednego - kasy. Żużlowcy i żużel są tu tylko instrumentami, a kibice nie liczą się wcale. Gdyby było inaczej, ani GP, ani też IME nie byłyby rozgrywane na polu kukurydzy w chorwackim Gorican. Pisałem już wiele razy o powolnym upadku GP, dla którego, niestety, przyspieszoną śmiercią będą rozgrywki o europejski prymat. Wcale to nie oznacza, że się z tego faktu cieszę, tak jak nie cieszę się z powstania nowych rozgrywek, bo też nie wróżę im przyszłości. Zaangażowanie Jonssona, Sajfutdinowa, Golloba i Pedersena niczego nie gwarantuje. Lepszą obsadę miały memoriały Jancarza i Smoczyka, a przecież świat nie zwracał na nie uwagi. Krótko mówiąc, płytki finansowo rynek żużlowy zamierza drenować druga po BSI firma, i nie ma tu znaczenia, że jest to firma polska. Będzie tak jak z wyborami najpiękniejszej Polki - imprezy organizują dwie konkurujące ze sobą firmy, a tak naprawdę nikt nie wie, która Polka jest najładniejsza. O boksie nawet nie warto wspominać, bo nawet najbardziej zagorzali kibice tego sportu nie wiedzą, kto jest na świecie najlepszy, a która federacja najważniejsza.

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że cykl Grand Prix zawita do Los Angeles, na moskiewskie Łużniki, do Paryża i Amsterdamu, a może nawet do Chin czy Japonii. Dzisiaj kluczowymi turniejami są Gorzów, Toruń, a wkrótce Częstochowa i Bydgoszcz. Może za kilka lat dołączą do tego grona również Rawicz i Krosno.

Przy okazji narastającego sporu (kto więcej zapłaci zawodnikom, kto zainteresuje więcej telewizyjnych stacji itp.) dowiadujemy się coraz więcej o kulisach Grand Prix. Otóż dobrze poinformowany "Przegląd Sportowy" pisze, że najwięcej w historii za turnieje o mistrzostwo świata płaci nasz Gorzów, bo aż 3 miliony złotych rocznie (jeszcze raz brawo, panowie Władek i Tadek). Potem jest Toruń z kwotą 1,7 miliona (z trudem, ale wychodzi na swoje), 1,5 miliona i ani grosza więcej chce zapłacić PZMot za zorganizowanie zawodów w Warszawie, a 800 tysięcy złotych płaci Praga. Mniej, bo 600 tysięcy haraczu, płacą Daugavpils i Terenzano. Te kwoty wyraźnie wskazują, kto w tym gronie ma najmniej wyobraźni. Mało prawdopodobne jest, aby w tym roku Stal Gorzów zarobiła na turnieju więcej niż w roku ubiegłym, a może być jeszcze gorzej. Kto więc przez najbliższe trzy lata będzie płacił za fanaberie dwóch panów? Ano my - gorzowianie, a przy okazji cały gorzowski sport, który powoli dogorywa i nie ma nadziei na jego zmartwychwstanie.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny