Karolina Naja: Nie chcieli mnie w kajaku, a dziś mam olimpijski medal

- Jestem najlepszym dowodem, że dobierając ludzi do sportu, nie warto tylko ściśle trzymać się stereotypów, a trzeba spróbować zajrzeć do ich serca. W ciężarach nie zostanę nawet mistrzynią osiedla, za to do pływania w kajaku po prostu się urodziłam. Kocham to - mówi Karolina Naja z AZS AWF Gorzów, brązowa medalistka igrzysk olimpijskich w Londynie.
Kajakarka gorzowskiego akademickiego klubu w olimpijskim finale K-2 na 500 m razem z Beatą Mikołajczyk z Bydgoszczy przegrała tylko z Niemkami i Węgierkami. W ostatniej chwili Polki odparły atak Chinek. Wygrały z nimi o 136 tysięcznych sekundy. Olimpijski brąz jest już w Gorzowie. Jest już także 22-letnia Karolina. Przy wioślarzach - olbrzymach Michale Jelińskim czy Zbigniewie Schodowskim z AZS AWF - wygląda naprawdę niepozornie. Na wodzie zamienia się jednak w równie groźnego wojownika.

Ireneusz Klimczak: Myśli z samego wyścigu finałowego czy zaraz po wciąż siedzą w głowie?

Karolina Naja: Tych obrazów już chyba nigdy nie zapomnę. Tuż za metą czułam, że jesteśmy trzecie i nawet Beata mnie nie przekonała, że może być jednak gorzej. Strasznie pragnęłam tego spełnienia za te wszystkie miesiące szalonej pracy. Przecież robię to, co uwielbiam, kocham, a do tego mogę dołożyć medal olimpijski! Strasznie długa chwila oczekiwania na wyniki, a później wszyscy widzieli. Szaleństwo. A teraz narastająca myśl, że wydarzyło się coś naprawdę wyjątkowego. Podium olimpijskie to przecież podium dla wybranych. Olbrzymia motywacja do dalszej pracy, ale również chęć, aby to powtórzyć, bo smakuje niesamowicie. Żal mi jest innych dziewczyn, że do Polski trafił tylko jeden krążek. Wiem, ile włożyłyśmy w przygotowania wysiłku, i bardzo pragnęłam, aby te sukcesy rozlały się na całą naszą ekipę.

A w ogóle widziałaś już ten decydujący wyścig?

- Raz. Jeszcze razem z Beatą, co prawda w słabej jakości, w internecie. Zauważyłyśmy, że Niemki i Węgierki trochę nas się obawiają, bo były dość daleko od nas i nie mogły przewidzieć, co z tego siódmego toru im wywiniemy. Nie wiedziały, że my przez brak kontaktu z nimi mamy podobne obawy. Wszystko działo się bardzo szybko i choć zaliczyłam już wiele ważnych finałów, to coś takiego jak w Londynie przeżyłam pierwszy raz w życiu. Widać, że w tym jednym starcie skupiają się cztery lata przygotowań. Finał olimpijski faktycznie jest zupełnie inny od pozostałych startów. Każdy idzie na maksa, a tak od połowy dystansu, gdy dochodzi zmęczenie, wyścig zaczyna się dodatkowo rozgrywać w głowach. Na szczęście nam te ułamki sekund zostały, aby dopłynąć do mety przed Chinkami, a rywalki z przodu chciałybyśmy jeszcze w przyszłości pościgać.

Olimpijska walka o medale to musi być wyjątkowe przeżycie, ale ty masz też co opowiadać o wzlotach i upadkach w ostatnich miesiącach.

- To było szalone pół roku, a już od kwietnia moje życie całkiem nabrało niesamowitego pędu. Najpierw musiałam z najlepszej strony pokazać się na ogólnopolskich eliminacjach. Wtedy moje nazwisko, w kontekście startu w Londynie, zdecydowanie mieściło się gdzieś na końcu listy. Chwila szczęścia, bo udało mi się zdobyć miejsce w jedynce na ostatnie, europejskie do igrzysk, a zaraz potem kompletna klapa. W Poznaniu z pogodą nie miałam żadnych szans. Pamiętam, jak wysiadłam z łódki i pomyślałam, że to już koniec, igrzyska sobie zobaczę, ale w telewizji. Minął tydzień, a ja już siedziałam w osadzie K-2 z Beatą Mikołajczyk i dobrze płynęłyśmy w Pucharze Świata.

Czułaś na plecach oddech borykającej się z kłopotami zdrowotnymi Anety Koniecznej, którą decyzją trenera kadry Tomasza Kryka ostatecznie zastąpiłaś w dwójce?

- Tych wszystkich emocji w naszej grupie wcale nie odczuwałyśmy, a ta historia zdecydowanie bardziej żyła sobie na zewnątrz. Doskonale pamiętam ostatnie zgrupowanie w Płowdiw w Bułgarii, gdzie razem siedziałyśmy przy stole, razem przebierałyśmy się w szatni. Było zupełnie normalnie. Każda z nas skupiała się na pracy, treningach. Osobiście nie jestem osobą, która drąży czy prowokuje jakieś sytuacje. Znalazłam swoje miejsce, robię to, co kocham, i zwyczajnie staram się brać to, co od życia dostanę.

Masz dopiero 22 lata, a już zdążyłaś przebyć tak ogromną sportową drogę. Ciągle musisz o tym po igrzyskach opowiadać, bo okazuje się, że ta Naja to wcale nie taki ideał.

- [śmiech] Oj nie jest aż tak źle. Każdy z nas cały czas się uczy, ja również dochodziłam do pełnego profesjonalizmu, musiałam przekonać się do niektórych rzeczy, przez które miałam już słynne, choć drobne nieporozumienia z trenerem. Dziś wiem, że to była ta jedyna droga i za te wszystkie lekcje życia dziękuję tym, którzy mnie wspierali i wierzyli we mnie. Także siłownia, bieganie czy pływanie. Nie tylko pływanie na wodzie, które kocham i czuję, że po to się urodziłam, aby pływać w kajaku, choć niektórzy uważali, że akurat do tego jestem zdecydowanie za drobna i wyczynowo nie mam żadnych szans. Jestem najlepszym dowodem, że dobierając ludzi do sportu, nie warto tylko ściśle trzymać się stereotypów, a trzeba spróbować zajrzeć do ich serca. Czasami nie ten, który wyciska najwięcej na siłowni, może mieć sporo talentu do danej dyscypliny. W podnoszeniu ciężarów nie będę nawet mistrzem osiedla. Za to w kajaku nie ma przede mną granic. Po prostu uwielbiam to robić.

Karolina Naja na podium igrzysk olimpijskich. Dziś to fakt. A pół roku temu? Gdy nie było nawet kwalifikacji? Były w ogóle takie marzenia?

- Myślałam, marzyłam, śniłam o medalu, choć przed igrzyskami z nikim o tym nie rozmawiałam. Z perspektywy czasu wiem, że to dodawało mi wiary i siły w tych najtrudniejszych momentach, gdy Londyn się oddalał albo w ogóle go nie było widać na horyzoncie. Gdybym wtedy zrezygnowała, nie byłoby mnie tu dzisiaj z tym bardzo ciężkim, bezcennym dla mnie krążkiem na szyi. Dlatego trzymajmy się marzeń, ale nie osiadajmy na laurach, a popierajmy je ciężką pracą. To zdecydowanie skraca do nich drogę. Jasne, nie zawsze się uda. Warto jednak próbować.

Zaraz po wyścigu zapowiadałyście z Beatą świętowanie w sobotę jeszcze w Londynie, ale chyba ostatecznie niewiele z tego wyszło.

- Odkładałyśmy świętowanie do sprintu jedynek, liczyłyśmy na jeszcze jeden medal Marty Walczykiewicz, ale się nie udało. To było kolejne, bezcenne doświadczenie. Możecie być pewni, że Karolina Naja zawsze powalczy, aż się maksymalnie wyjedzie, ale podium, szczególnie na igrzyskach, z góry obiecywać nie warto. Za to przecież kochamy sport, za jego nieprzewidywalność. Usiadłyśmy całą ekipą przy piwku, powspominałyśmy ostatnie lata. Potem zakończenie igrzysk. Gdy weszłam na stadion, zaniemówiłem, tam z dołu ogrom tego wszystkiego mnie przytłoczył. Samej uroczystości jednak za bardzo nie przeżyłam, bo robiłyśmy raczej za tłum. W tłoku trudno było ogarnąć, co się dzieje.

Jesteś dziewczyną z Tychów, w barwach AZS AWF pływasz trzy lata. Tak się zastanawiam, czy właściwie mamy prawo mówić, że ten medal jest choćby w części gorzowski.

- Ależ oczywiście. Doskonale pamiętam swój pierwszy dzień na gorzowskiej przystani, z jakim lękiem schodziłam na Wartę i pływałam blisko brzegu jak te dzieciaczki, które dopiero uczą się wiosłować. W swoim pierwszym klubie pływałam jednak na jeziorze, na spokojnej wodzie, rzeka to co innego. Dziś wiem, że postawienie na Gorzów to był bardzo dobry wybór. Mam blisko z Wałcza, gdzie przeważnie trenuje kadra, tutaj wracam odpocząć między zgrupowaniami, nie leniuchuję, bo mam warunki i bazę, aby dalej realizować to, co wyznaczy nam trener, jest gdzie na chwilę odetchnąć, złapać trochę luzu i dystansu, no i również pozaliczać coś na studiach. Czuję też wsparcie klubu i ludzi, dla których sporty wodne to wielka pasja. W ogóle Gorzów mi się podoba, lubię tu wracać. Siłą rzeczy jestem tu znacznie częściej niż w rodzinnych Tychach, o których też jednak nie zapominam. Do pełni szczęścia brakuje toru, abyśmy mogły pokazać kibicom nasze możliwości. Zapraszam jednak wszystkich na inne zawody. Miło jest czuć wsparcie fanów, a można się na żywo przekonać, że kajaki to duże emocje.

Rozmawiałyście już w kadrze o Rio de Janeiro? To dopiero za cztery lata, ale...

- Na razie to myślę o weekendzie i mistrzostwach Polski, a potem jeszcze przede mną akademickie mistrzostwa świata. Wtedy dopiero znajdzie się moment na wytchnienie. Nie narzekam jednak, bo jak już parę razy mówiłam, uwielbiam ścigać się w kajaku. Kolejne igrzyska? Siłą rzeczy po takim sukcesie są w marzeniach. Mądre słowa powiedziała Beata. W Rio w dwójce może być ona, mogę być ja, może być zupełnie ktoś inny. Byle to były najlepsze polskie osady, mające możliwość powalczyć o najwyższe laury. Dlatego trzeba doskonalić się, pilnować, poprawiać, nie spoczywać na laurach. Dawać z siebie wszystko, a potem w sprawdzianach na jedynkach udowadniać, że ciągle moc jest z nami. Tak się żegnałyśmy z Beatą: pilnujemy formy, naszej pozycji i zobaczymy, co się wydarzy. Zrobię wszystko, abyście szybko o mnie nie zapomnieli.