Trener klubowy Karoliny Nai: - Jak mówiłem o medalu, niektórzy pukali się w czoło

Ich drogi w gorzowskim AZS AWF zeszły się trzy lata temu. Dla trenera klubowego Marka Zachary kajakarstwo to całe życie i wielka pasja, a starty jego zawodniczek - najważniejsze chwile. Był z Karoliną Nają, gdy w maju przegrywała europejską kwalifikację na igrzyska i był blisko dziś, gdy w Londynie stawała na podium.
- Obu tych momentów z tego roku już nigdy nie zapomnę - opowiadał "Gazecie" Zachara kilkadziesiąt minut po dekoracji kajakowych dwójek w Londynie. - Po poznańskich, ostatnich kwalifikacjach sam byłem załamany, bo widziałem, że Karolina nie przegrała, bo była słabsza, a ostatnie przepustki na igrzyska rozdała pogoda. Widziałem wtedy, że dziewczyna ma wszystkiego dość. Rok wcześniej nie znalazło się dla niej miejsce w osadzie olimpijskiej. Naja zaparła się jednak, zimą zrobiła niesamowity postęp. Nie pozwoliła, aby przed Londynem z niej zrezygnować. W Poznaniu na jedynce miała być pewna kwalifikacja, a wyszło rozczarowanie.

Kryzys trwał jednak tylko kilka dni, a potem przyszły udane regaty Pucharu Świata w Duisburgu i wspólny start w olimpijskiej dwójce - przy kłopotach zdrowotnych Anety Koniecznej - z Beatą Mikołajczyk. I same dobre recenzje. Naja znów udowodniła, że mimo młodego wieku ma wielki talent do szlakowania, czyli dowodzenia łódką. Bydgoszczanka Mikołajczyk zgodziła się usiąść z tyłu, w roli tzw. dopalacza. - Dziewczyny natychmiast się dogadały, pływały już ze sobą wcześniej na obozach - wspominał Zachara. - Trener kadry Tomasz Kryk musiał mieć przecież podstawy, aby wziąć na siebie takie ryzyko wymiany składu osady tuż przed igrzyskami. To był maj tego roku, ostatnia chwila. Naja z Mikołajczyk cały czas udowadniały, że sobie poradzą, potwierdziły to medalowym występem w czerwcowych mistrzostwach Europy w Szeged. Tam przegrały z Węgierkami i Białorusinkami, a Niemki były czwarte. Wtedy już byłem pewien, że Karolina pozostanie w osadzie K-2. A tu jeszcze przyszła informacja, że jest dodatkowa nominacja olimpijska dla Polski. Można było zestawić czwórkę również z Nają w składzie. Ta osada zaczęła wyścig z czasem.

Zachara, gdy kupował bilety na zmagania kajakarek w Londynie, trafił w dzień finałowy dwójek. Środowej porażki czwórki na żywo nie oglądał. - Osada była czwarta o ułamki sekund, taki właśnie jest sport - przyznał trener AZS AWF. - Jednemu daje wielkie szczęście, drugiemu w tych ułamkach sekundy go odbiera. Przez jakie niuanse dziewczyny przegrały? Myślę, że przede wszystkim zabrakło większej ilości wspólnych treningów. Nie miałem możliwości spotkać się z Karoliną, bo jesteśmy tutaj w zupełnie innych strefach, ale długo rozmawialiśmy przez telefon. Mówiła mi, że dała z siebie wszystko. Powtarzałem jej, że to jest najważniejsze, aby po wyścigu mogła spojrzeć w lustro, bez względu na zajęte miejsce. Zakończyliśmy ten kontakt krótkim mocnym zdaniem: mój wyścig na tych igrzyskach jest w czwartek.

Gdy gorzowski szkoleniowiec odbierał bilety na trybuny przy torze regatowym w Eton na czwartkowe finały, zauważył, że trafiła mu się wejściówka z numerem 13. - To już wiedziałem, że będzie dobrze - śmiał się Zachara. - Sportowcy z AZS AWF przywożą olimpijskie medale od 2000 roku. Złoci byli nasi wioślarze. Dwa razy Tomek Kucharski, a w Pekinie Michał Jeliński. Naprawdę wierzyłem, że Karolina, płynąc z Beatą, podtrzyma tę niesamowitą passę.

Superstart, wysokie tempo w środkowej części wyścigu, wreszcie strasznie nerwowy finisz, ale odparty atak Chinek. Potem podium i brązowy medal! - Karolina zawsze mi powtarza, że dlatego uwielbia szlakować, bo wtedy wszystko zależy od niej - mówił szczęśliwy trener klubowy Nai. - Przebieg tego wyścigu zupełnie mnie nie zdziwił. Przecież to są medale olimpijskie, bezcenne miejsca na podium. Tutaj nikt do końca nie odpuści. Dziewczyny popłynęły swoje, a to wystarczyło na wspaniały sukces, jakim jest ten brązowy medal. Dostały niesamowitą motywację, aby pracować dalej. Przynajmniej jedna Węgierka kończy przecież karierę, a przed Beatą i Karoliną nie ma granic. Trzeba się chwilę nacieszyć, a potem walczyć dalej. O następny sukces w Rio de Janeiro. Osobiście też teraz uspokoję nerwy, zaraz pogratuluję dziewczynom tego, co zrobiły. Jeszcze raz przypomnę Karolinie, że dla takich chwil warto żyć. Jestem dumny, że nie zawiodła, znów pokazała, jakim jest wyjątkowym walczakiem. Choć inni pukali się w czoło, gdy mówiłem o jej możliwościach na medal olimpijski już teraz, byłem pewien, że nie rzucam tych słów na wyrost. Teraz jest ogromna radość, czas na wypicie zwycięskiego, olimpijskiego Guinnessa. Do zobaczenia w Polsce i Gorzowie, gdzie Karolina przywiezie z Londynu brąz!