Londyn 2012. Wioślarstwo. Koniec dominatorów

Mówili mi, żeby coś zmienić w tej osadzie, ale ja chciałem po ludzku po prostu, aby skończyli wielkie wiosłowanie, tak jak zaczęli w 2005 roku - powiedział trener czwórki wszech czasów Aleksander Wojciechowski. Polacy zakończyli wspólne ściganie w Eton, gdzie pierwszy raz wystartowali razem siedem lat temu.
W piątek Adam Korol, Marek Kolbowicz, Konrad Wasielewski i gorzowianin Michał Jeliński popłynęli razem ostatni raz. Nie był to wyścig wymarzony. Fantastyczna forma rywali i taktyczne błędy z półfinału, w którym zajęli trzecie miejsce z najsłabszym czasem, spowodowały, że byli w ostatniej kolejności, jeśli chodzi o decyzje sędziów co do wyboru toru dla osad finału. A akurat w piątek było to bardzo ważne. - Możemy mieć pretensje tylko do siebie - powiedział 41-letni Kolbowicz. W finale wiało z prawej strony i pierwsze tory miały na wodzie lustro, ostatnie płynęły pod boczny wiatr i fale. Kolejność na mecie pokryła się z numerami torów osad. Polacy najwięcej stracili w środku dystansu, gdzie najbardziej wiało. Liczyli na medal, czuli, że będzie bardzo trudno zdobyć nawet brązowy, skończyli na ostatnim miejscu.

Za metą trener Wojciechowski, dla którego czwórka była życiowym sukcesem, ale pracował z nimi w różnych konfiguracjach od 15 lat, mówił, że po dwóch wyścigach olimpijskich liczył na miejsce w środku stawki, ale decyzja o torach, podjęta pół godziny przed startem, była kluczowa, że i tego nie dało się osiągnąć.

Zmiana jest symboliczna. Wygrały dwie osady - Niemcy i Chorwacja - które są młodsze od polskiej o ponad 40 lat każda.

- W 2005 roku próbowaliśmy nowego składu, odeszło dwóch zawodników. Złożyliśmy dwie czwórki i tutaj, na tym torze w Eton, osada Korola przypłynęła trzecia. Zaryzykowaliśmy z Wasielewskim, wtedy chłopaczkiem 20-letnim. Marek Kolbowicz lubi opowiadać, że trenowali tylko tydzień, ale było to trochę dłużej. Oni są zewnętrznie całkiem różni, ale w wioślarstwie to, co najważniejsze, dzieje się pod wodą. Tak samo muszą pracować w wodzie wiosła. Widziałem od razu, że ta osada ma możliwości, ale trzeba było dużo pracować - mówi trener.

Rozsądny Korol, szef Kolbowicz, motory: Jeliński, walczący od lat z cukrzycą, i Wasielewski stanowili osadę, która była nie do pobicia od 2005 do 2009 roku, zdobywają pięć tytułów mistrzostw świata i tytuł mistrzów olimpijskich w Pekinie, ustanawiając nieoficjalny rekord świata.

- Stworzyliśmy niezłą historię wioślarstwa. Trudno będzie komukolwiek ją powtórzyć. Co rok wygrywają inne osady, tytuły mistrzowskie zdobywali w ostatnich latach Chorwaci, Niemcy, Australijczycy. Nikt nie dominuje tak, jak dominowaliśmy my - mówił z dumą 37-letni Korol.

Właśnie on najgorzej zniósł wiosłowanie. Dyski wypadały jeden po drugim. Zeszły rok był koszmarem, Korola trzeba było czasowo zastąpić, nie wystartował w mistrzostwach świata.

- Nie wyobrażam sobie, że poświęcę tyle czasu na przygotowania co teraz. Trenowaliśmy do Londynu od listopada non stop - mówi Korol. - Nie mogę zerwać z wioślarstwem. To byłoby szkodliwe dla zdrowia. Ale nie będę nawet startował w jesiennych eliminacjach do kadry. I raczej na jedynce, w moim klubie następny zawodnik ma 20 lat mniej.

Kolbowicz jeszcze nie mówi o końcu kariery, być może jeszcze trochę pociągnie. Wasielewskiego ciągnie jedynka. Jeliński chce do osady. Dla trenera Wojciechowskiego zaczyna się nowy czas. - Wszyscy wsiadają na jedynki i szukam talentów do osady. Głowa do góry.