Jerzy Synowiec: Młodzi w natarciu. Pogrążyli Polaków i stalowców

W ciągu ostatniego tygodnia miały miejsce dwa wydarzenia, które zdecydowanie popsuły humory, najpierw fanom żużla w Polsce, a następnie kibicom gorzowskim.
Drużynowy Puchar Świata wywołuje emocje większe niż Grand Prix, gdyż w ostatnich latach Polacy całkowicie zdominowali te rozgrywki, regularnie zdobywając złoto. Ubiegłoroczny finał rozegrany na gorzowskim torze był kwintesencją żużla - emocje, determinacja Polaków i walka do ostatniego wyścigu, a na koniec sukces.

W tym roku było źle od początku. Najpierw półfinał w Bydgoszczy, który zakończył się klęską, bo zajęcie drugiego miejsca za Rosjanami to klęska. Można oczywiście szukać usprawiedliwień w postaci absencji Jarosława Hampela i Janusza Kołodzieja, ale należy pamiętać, że pokonał nas zespół, w którym żużel na światowym poziomie uprawia tylko dwóch zawodników - Emil Sajfutdinow i Grigorij Łaguta, natomiast o pozostałej dwójce możemy powiedzieć tyle, że Artiom Łaguta właśnie stracił miejsce w składzie Polonii Bydgoszcz (notorycznie zawodził), a Roman Poważny to ligowy przeciętniak, z tym, że chodzi o pierwszą ligę, bo na ekstraligę to on się nie nadaje od dobrych kilkunastu lat i nic dziwnego, że w finale DPŚ nie zdobył nawet punktu. Polska przegrała więc z dwójką Rosjan i tyle. W barażu nie było lepiej. Pokonali nas Duńczycy, stawiający w tym roku na młodzież i jak się okazało - słusznie. Chwilę potem, z dwoma juniorami w składzie (w tym z siedemnastolatkiem Mikkelem Jensenem) zdobyli złoto. Tym razem Markowi Cieślakowi zabrakło ewidentnie odwagi, aby postawić na młodzież. Nie musielibyśmy się przy okazji wstydzić za występy Walaska i Protasiewicza.

Co znaczy dzisiaj polska żużlowa młodzież, widzieliśmy w trakcie meczu ligowego Unia Leszno - Stal Gorzów. Ten pojedynek to nie tylko przykry dla gorzowian wynik. To przede wszystkim cała masa obserwacji i wniosków, niektórych bardzo drastycznych. Czterech juniorów z Leszna (Adamczewski, Musielak, Piotr i Przemysław Pawliccy), przy pomocy innego młokosa - Chorwata Juricy Pavlica i pod wodzą Damiana Balińskiego, bez swojego najlepszego zawodnika - Jarosława Hampela, rozbiła naszą Stal w proch i pył. I wcale nie o wynik tu chodzi, a przede wszystkim o upokarzający styl, kiedy to młodzi chłopcy z Leszna uczyli żużla naszego kapitana Tomasa Golloba. Z gorzowian tylko Bartek Zmarzlik oraz tradycyjnie już Niels Iversen jechali odważnie i z determinacją, Reszta, a w szczególności Tomasz Gollob, prezentowali się żałośnie.

Kapitan zdobył na przeciwnikach trzy punkty, w tym dwa na defektach jadącego przed nim Przemka Pawlickiego. Jeśli dodamy do tego przeraźliwie bojaźliwa jazdę, wymachiwanie bez powodu rękami, narzekanie na tor plus żenującą nieustanną reklamę nowego energy drinka, którego nasz kapitan łapie w rękę jak tylko spojrzy na niego telewizyjna kamera, będziemy mieli prawdziwy obraz ulubieńca honorowego już tylko prezesa klubu. Wszyscy kibice widzą, że w tym roku Tomasz Gollob zawala wszystkie ważne biegi i wszystkie ważne mecze, a mimo to klubowe władze boją się publicznie o tym powiedzieć. Więc ja mówię: król jest nagi i jak tak dalej pójdzie, znowu w play-off trafimy na Falubaz i znowu dostaniemy łupnia, bo kapitanowi nie będzie odpowiadał tor. Przecież Gollob nie jeździ w lidze słabo, on jeździ kompromitująco słabo, jak nigdy dotąd w swojej karierze. Może nadszedł czas; aby dać mu odpocząć, aby pozbierał się psychicznie, bo widać przecież, że on się po prostu boi jechać i walczyć. Ani Edward Jancarz, ani Zenon Plech, ani Piotr Świst nigdy w swojej karierze nie zanotowali tak kompromitujących występów. I to by było na tyle.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny