Wioślarstwo. Dominatorzy z czwórki podwójnej walczą o powrót

- O setne części sekundy można wygrać albo przegrać. Wiemy, co zrobić, żeby zwyciężyć - mówi Michał Jeliński. W Londynie Jeliński, Marek Kolbowicz, Adam Korol i Konrad Wasielewski będą bronić olimpijskiego złota.
Łukasz Jachimiak: Pierwsze w tym sezonie zawody wioślarskiego Pucharu Świata w Belgradzie ukończyliście dopiero na dziewiątym miejscu, na drugich regatach - w Lucernie - przyjechaliście na szóstym, ostatnim miejscu finału A. To już koniec "Dominatorów", którzy w Pekinie zdobyli olimpijskie złoto i cztery razy sięgali po mistrzostwo świata?

Michał Jeliński: Spokojnie, wypadliśmy poniżej oczekiwań swoich i kibiców, ale porażki na pewno wyjdą nam na dobre.

Dlaczego poszło wam aż tak słabo?

- Nie chcemy się tłumaczyć, opowiadać o wyrównanym poziomie. To prawda, że w Belgradzie zabrakło tylko aktualnych mistrzów świata Australijczyków, a poza nimi były wszystkie najmocniejsze osady. To prawda, że są takie, które jeszcze nie mają olimpijskich kwalifikacji i w maju będą walczyć o dwie ostatnie, dlatego szczyt formy szykowali już na teraz, a my przygotujemy go dopiero na sierpień. Ale prawda jest też taka, że te regaty obnażyły nasze błędy.

Z czym macie problem?

- Nie znaleźliśmy jeszcze stylu jazdy, który będziemy mieli w Londynie. Teraz jest jeszcze za dużo kombinowania, za mocno skupiliśmy się na rzeczach, które okazały się nieistotne. Na szczęście to tylko pierwszy puchar. Pokazał nam, gdzie jesteśmy i ile pracy przed nami.

Wejdźmy w szczegóły - co musicie zrobić, żeby wrócić na szczyt?

- Na razie wróciliśmy do starej łodzi. W tym roku dostaliśmy nową, były w niej inne odsadnie, czyli pałąki, na których są punkty podparcia wioseł. Każda osada próbuje nowinek, testuje je, ale często wraca do tego, co już ma dobrze sprawdzone. My ostatecznie postanowiliśmy startować na tym modelu, na którym wygrywaliśmy wszystko, co najważniejsze. Jeszcze na zgrupowaniu w Portugalii mieliśmy nową łódkę, ale po próbach uznaliśmy, że to nie jest dobry czas na jakieś gorączkowe poszukiwanie nowych rozwiązań. Najważniejsza jest stabilizacja, a skoro stara łódka nam pasowała, to w niej zostajemy.

Stara łódź pomoże wrócić do starych, dobrych zwycięstw?

- One przyjdą, jeśli wrócimy do starego stylu jazdy. Przez lata tytuły dawało nam tempo 34 chwytów na minutę. Jak na czwórkę nie jest to może wysokie tempo, ale my wiosłujemy bardzo dokładnie, równo, mocno. Włosi, którzy atakowali nas w Pekinie, potrafią jechać na 38 uderzeń. W ciągu minuty wykonują o cztery chwyty więcej, czyli w sumie na całym dystansie robią ich 20-30 więcej od nas. Mimo to są z tyłu. Odjeżdżamy im, bo jesteśmy dokładni i mamy przewagę techniczną.

Nadal macie czy mieliście?

- W sporcie nic nie jest dane raz na zawsze. Nad techniką ciągle trzeba pracować, tak samo jak trzeba dbać o zdrowie, przygotowanie fizyczne, motorykę. Teraz dążymy do tego, co najlepsze. Każdy z nas doskonale zna swoje słabości, każdy stara się choć o jakiś ułamek poprawić. Pracujemy nad wyeliminowaniem błędów, których na pierwszy rzut oka nie widać. Wiemy, że o setne części sekundy można wygrać albo przegrać. Wiemy, co zrobić, żeby wygrać.

Jak dużo brakuje wam do optymalnej formy, do tego tempa wiosłowania, o którym pan opowiada?

- Tempo to rzecz najbardziej uchwytna, najlepiej mierzalna. Licznik podaje nam liczbę chwytów na minutę i wszystko jest jasne. Tylko że to nie wystarczy. Najważniejsze jest, żeby wiosłowanie było maksymalnie szybkie, mocne, żeby pióra naszych wioseł przechodziły przez wodę równo i żeby podjazd pod następny chwyt był jak najdłuższy, bo to jest przerwa, podczas której odpoczywamy. Cała zabawa polega na tym, żeby jak najkrócej się męczyć, jak najmocniej rozpędzić łódkę i dawać odetchnąć mięśniom. Zgranie tego wszystkiego zawsze było naszą siłą. Myślę, że tym razem też tak będzie.

Do olimpijskiego sezonu szykowaliście się, m.in. biegając na nartach. Jaką pracę wykonał każdy z was, by zbudować odpowiednią formę?

- W zimie robimy właściwie wszystkie możliwe formy aktywności, bo nie możemy pływać. Na nartach biegowych spędziliśmy bardzo dużo czasu, każdy z nas pokonał na nich ponad tysiąc kilometrów. Poza tym dwa-trzy razy w tygodniu chodziliśmy na siłownię, dużo czasu spędzaliśmy na ergometrze, który zastępował pływanie. Teraz 80 proc. treningu odbywamy na wodzie. Na siłowni, ergometrze i przez bieganie uzupełniamy to, co wypracujemy, wiosłując.

Ile kilometrów dziennie przepływacie?

- Kiedy pływamy mocno, jest to 12-16 km, a kiedy lżej - od 20 do 24 km. Wiadomo, że im dalej w sezon, tym treningi są bardziej intensywne. Teraz już prawie nie zwracamy uwagi na kilometry, tylko na jakość pływania.

Jak tę jakość kontrolujecie? Co robicie, żeby wypracować wspólny rytm, żeby się jak najlepiej zgrać?

- Każdy z nas jest inny pod względem wzrostu, zasięgu ramion i to jest normalne, bo przecież nie ma na świecie choćby dwóch identycznych ludzi. Tak naprawdę liczy się czucie wody. To wszystko polega na nieustannym dogrywaniu szczegółów, na wiosłowaniu z dokładnością co do centymetra, a nawet milimetra. Dobry zawodnik wyczuwa, kiedy wiosłuje w rytmie z kolegą, a kiedy ten rytm traci. To wszystko jest trudne. To jest urok osad wieloosobowych. Tu wszystko polega na tym, żeby wiosłować razem z kimś, żeby się dostosować do sytuacji, a nie jak w jedynkach, gdzie wygrywa ten, kto ma najmocniejsze nogi, bo tak naprawdę to one są w wioślarstwie najważniejsze. Od rąk ważniejsze są też plecy. Ręce wbrew pozorom mamy najsłabsze.

Takie dopasowywanie się do kolegów można wypracować tylko na wodzie czy da się zamontować gdzieś na łódce kamery i później wspólnie analizować poszczególne ruchy?

- Oczywiście, że się da. Prowadzimy bardzo różne formy monitoringu. Nagrywamy treningi, regaty, robimy zdjęcia, żeby uchwycić dane momenty i mieć je czarno na białym. Prowadzimy też specjalistyczne badania polegające na tym, że płyniemy jakiś dystans, zapisujemy to i widzimy każdy chwyt, a także uśrednioną charakterystykę wszystkich chwytów. Dzięki temu znamy siłę przejścia przez wodę każdego wiosła, wiemy, kto jest ciut mocniejszy na chwycie, kto jest za słaby albo za mocny w środku pociągnięcia, komu zdarza się przedobrzyć w końcowej fazie. Ale to wszystko jest tylko dodatkiem do czucia wody. Dzięki niemu tworzy się powtarzalność, a właśnie o to chodzi, żeby te chwyty były niemal identyczne, a nie żeby każdy był inny.

Na razie nie jesteście mocni, ale mimo to w Polsce kibice będą liczyć na wasz medal. A wy na jakie osady i wioślarskie, i kajakarskie stawiacie?

- W ostatnich latach i u nas, i w kajakach wyraźnie widać dużo mocnych osób. Wiem, że wielkie ambicje mają nasi koledzy z czwórki bez sternika wagi lekkiej, którzy w Pekinie zdobyli srebro. Na pewno mocna będzie ósemka, która od lat pływa w finałach i ciągle ociera się o podium. Są też mistrzynie świata z Poznania z 2009 roku, które po problemach zdrowotnych w tym roku wreszcie trenują bez kłopotów. Chodzi o dwójkę podwójną w składzie Julia Michalska - Magdalena Fularczyk. W kajakach mamy wielkie indywidualności - w kobiecej jedynce Martę Walczykiewicz, a w męskiej Piotra Siemionowskiego. Liczyć na pewno można na trzykrotną medalistkę olimpijską Anetę Konieczną [dawniej Pastuszkę], która popłynie z Beatą Mikołajczyk. Jak widać, szans jest bardzo dużo. Ciężko powiedzieć, na ile to się przełoży medali, bo pewnie dopiero sezon pokaże, kto jest w jakiej dyspozycji na tle rywali. Chociaż formę można też przygotować tylko na te dwa najważniejsze tygodnie. Musimy czekać na to, co się tam, w Londynie, wydarzy.

Dla waszej czwórki to prawdopodobnie ostatnie igrzyska w takim składzie. Jeśli wygracie, to znów narobi pan kolegom wstydu i przepłacze dekorację?

- Cha, cha, cha! To był dla mnie piękny moment. Koledzy do tej pory sobie z tego żartują. Ale nie ma problemu - chciałbym, żebyśmy po Londynie byli w podobnych nastrojach.