Sport.pl

Wspólnymi siłami zamordowaliśmy mit i magię żużlowych derbów

Lubuskie derby miały być świętem żużla. Jednak święto zakończyło się żenującym spektaklem, w którym wszyscy uczestnicy zachowali się nie tak, jak powinni. Winni są więc wszyscy.
Zielonogórscy kibice, którzy słusznie uważali się za elitę polskich fanów i którzy jeszcze niedawno zasłynęli numerem stulecia z sektorówką z napisem "Tylko Falubaz", tym razem zeszli poniżej poziomu dna. Ich sektorówka z napisem przypominającym zabójczynię Edwarda Jancarza była w istocie szyderstwem z gorzowskiej ikony. Stała się rzecz niedopuszczalna, na którą natychmiast powinien zareagować sędzia Marek Wojaczek. Nie wykazał tu refleksu, a haniebny napis z lubością pokazywała transmitująca mecz TVP Sport, przy milczeniu telewizyjnych komentatorów. To był pierwszy nietakt telewizji, ale nie ostatni.

Potem było już tylko gorzej. Kiedy po siódmym biegu już wszyscy wiedzieli, że we wrocławskim szpitalu umarł Lee Richardson, był to pierwszy i ostatni dobry moment, aby zawody zakończyć. To wtedy, a nie bieg później, sędzia powinien zapytać oba zespoły, a przynajmniej obu kapitanów - Tomasza Golloba i Piotra Protasiewicza, absolutne autorytety żużlowe - czy chcą kontynuować zawody. Wtedy i tylko wtedy zawody można było przerwać, aby dać wyraz solidarności z Lee Richardsonem. Oczywiście zawodnicy mogli podjąć decyzję, że mecz się odbędzie - też bym taką decyzję zrozumiał i zaakceptował (wszak mecz ligowy w dniu śmierci Rafała Kurmańskiego odbył się właśnie z woli zawodników). Jednakże sędzia w sposób obłudny puścił bieg ósmy, umożliwiając tym samym uznanie zawodów za odbyte i zaliczenie wyniku, a dopiero po nim spotkał się z oboma ekipami, aby zapytać się ich, czy chcą jechać do końca, czy też nie. Zrobił to o jeden bieg za późno i od tego momentu każda jego decyzja mogła tylko powiększać chaos. Nie ma wątpliwości, że zawodnicy obu zespołów postanowili kontynuować zawody, zmieniając zdanie dopiero po kolejnych dwóch (Falubaz) lub trzech (Stal) wyścigach. Koniunkturalizm obu ekip (Falubaz - widmo pogromu, Stal - już pewne zwycięstwo) widać było jak na dłoni. Aż wierzyć się nie chce, że zawodnicy, a w szczególności kapitanowie, nie stanęli na wysokości zadania, a właściwie to na niczym nie stanęli. To wręcz niewyobrażalne, aby nie potrafili podjąć zgodnej decyzji - jak uszanować śmierć kolegi z toru i jednocześnie uszanować kibiców. Co zafundowali piętnastu tysiącom widzów na stadionie i setkom tysięcy przed telewizorami?

Opuszczenia stadionu przez kibiców Falubazu też nie da się usprawiedliwić - trzeba umieć trzymać fason do końca, a oni tego dnia nie umieli. Decyzji komentatorów telewizyjnych - Rafała Darżynkiewicza i Krzysztofa Cegielskiego - pojąć nijak nie mogę. Cegielski dziennikarzem nie jest, nie wszystko musi wiedzieć i rozumieć, więc spuściłbym na jego mędrkowanie zasłonę miłosierdzia, jednak Darżynkiewicz wydawało się, że jest profesjonalistą. A jednak obaj w obliczu chaosu zdezerterowali, zostawiając telewidzów na łasce losu. Taki prywatny bunt można sobie zrobić u cioci na imieninach i zbojkotować głupiego szwagra, ale takie zachowanie podczas telewizyjnej transmisji powinno wykluczyć ich obu z dalszego zajmowania się sportową dziennikarką. Szkody, jakie wyrządzili i telewidzom i swojemu pracodawcy nie da się naprawić. Mogli się obaj dystansować od decyzji zawodników, ale nie mieli prawa obrażać się na kibiców. Ich dezercja - mam nadzieję - nie pozostanie bez echa. Ale i prezesi obu zespołów nie powinni pojawiać się w parkingu, nawet jeśli uważali to za potrzebne. Przybyli za późno, tylko powiększyli chaos. Na koniec zupełnie zagubił się ten, który powinien nad wszystkim zapanować, czyli sędzia Wojaczek. Miast wdawać się w dyskusje z działaczami i zawodnikami, powinien spotkanie zakończyć obustronnym walkowerem, bo ostatecznie oba zespoły odmówiły jazdy pomimo, że wcześniej się na to zgodziły. Choć trzeba przyznać, że w tym momencie dobrej decyzji być już nie mogło.

To nie był ostatni akt dramatu. Poza stadionem doszło do starć z policją, a atmosferę z wieżyczki VIP-owskiej warto będzie opisać w osobnym felietonie. Jakby tego było mało farsę, bo już przecież nie dramat, usiłują w mediach kontynuować i były prezes Stali i prezydenci obu miast. Wydaje się, że wspólnymi siłami zamordowaliśmy mit i magię żużlowych derbów. Nie wiem, czy da się jeszcze odbudować i czy da się przywrócić żużlowi jego dotychczasowy blask. Jak mogliśmy do tego dopuścić?

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny

Więcej o: