Sport.pl

Jerzy Synowiec: Grand Prix o poranku. Faworyci ciągle tacy sami

Już za tydzień - 31 marca - na Western Springs Stadium w Auckland w Nowej Zelandii odbędzie się pierwszy tegoroczny turniej Grand Prix. W historii tego cyklu (18 lat) będą to dopiero drugie zawody poza Europą. Pierwsze odbyły się dziesięć lat temu w australijskim Sydney.
Stadion może pomieścić 30 tysięcy widzów, ale nikt nie jest w stanie przewidzieć, ilu ich zjawi się na zawodach. Do połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku Nowozelandczycy byli w żużlu potęgą, a mistrzami świata zostawali legendarni dzisiaj Ronnie Moore, Barry Briggs i Ivan Mauger, ale dzisiaj nawet znawcy speedwaya nie potrafią wymienić choćby jednego zawodnika z tego kraju. Ostatnim liczącym się był startujący w naszej lidze sympatyczny Mitch Shirra. Nic więc dziwnego, że dziką kartę otrzymał Anglik Jason Bunyan, który w Europie nie znaczy nic, ale regularnie startuje w zawodach w Nowej Zelandii i tam jest rozpoznawalny. Zawody odbędą się na torze liczącym grubo ponad 400 metrów, co dla zawodników czołówki światowej może być wielkim utrudnieniem, bo już nigdzie tak długich torów nie ma. I tutaj być może swojej szansy szukać będzie posiadacz dzikiej karty, jeżdżąc na motorze bardziej nadającym się właśnie na takie tory.

My, kibice z Polski, chcąc oglądać turniej na żywo musimy wstać w sobotę 31 marca bardzo wcześnie, bo przed piątą rano. Start wyznaczono na godzinę, która w naszym kraju oznacza właśnie piątą (transmisja w Canal Plus). Jednak z uwagi na to, że to sobota, po transmisji będzie się można jeszcze troczę zdrzemnąć. Boję się jednak, że tegoroczny cykl może być nudniejszy niż wszystkie poprzednie. Skład uczestników to mieszanina starych wygów, którzy jeździli już w zawodach Grand Prix tyle razy, że sami nie potrafią tego policzyć, z zawodnikami zupełnie przypadkowymi, których ambicje sięgają zarobienia paru groszy i wygrania choćby jednego wyścigu w życiu. Wiadomo, że do faworytów będą należeli ci, co zwykle. Czyli Andreas Jonsson, Greg Hancock, Tomasz Gollob; Jarosław Hampel, Jason Crump, Nicki Pedersen, Emil Sajfutdinow i Chris Holder. Tej ósemce nic i nikt zagrozić nie może. Myślę też, że to właśnie oni podzielą między siebie wszystkie wygrane. Sporadycznie do podium mogą się zbliżyć Kenneth Bjerre, Fredrik Lindgren i Antonio Lindback, a reszta będzie jeździć z nadzieją, że może się coś wydarzy, ale i z wiedzą, że po roku trzeba będzie z Grand Prix się pożegnać. To Hans Andersen, Bjarne Pedersen, Peter Ljung, Chris Harris i większość posiadaczy dzikich kart. Poza Polakami oczywiście, bo taki na przykład Przemysław Pawlicki, albo jego młodszy brat Piotr, mogą w Lesznie stanąć nawet na podium.

Czego mi w cyklu brakuje? Ano przede wszystkim świeżej krwi i odrobiny szaleństwa takich zawodników jak Grigorij Łaguta, Darcy Ward, Jurica Pavlić, czy wspomniani już bracia Pawliccy, a nawet "nasz" Matej Zagar. Kogo typuję do medali? Myślę, że podzielą się nimi Andreas Jonsson, Jarosław Hampel i Emil Sajfutdinow, a życie może im utrudnić jedynie mój niezmienny od lat ulubieniec - Jason Crurnp, jeśli oczywiście będzie mu się jeszcze chciało. Nowozelandzkie zawody będę oczywiście oglądał, bojąc się jednak, czy z nudów nie zasnę w ich trakcie.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny

Więcej o: