Jerzy Synowiec: Legendy wiecznie żywe

W styczniu minęła dwudziesta rocznica śmierci Edwarda Jancarza, ikony gorzowskiego żużla. Z tej okazji ukazało się dużo wspomnień w całej gorzowskiej prasie, przypominających jego wielkość na torze i upadek po zakończeniu sportowej kariery.
Dzisiaj na mecze Stali chodzi pokolenie kibiców i dziennikarzy, którzy Jancarza na torze nigdy nie widzieli i dla których jest on tylko legendą, znaną wyłącznie z przekazów. A mimo to, ku mojemu zaskoczeniu, wspominek było dużo i wszystkie życzliwe w swojej wymowie. Znaczy to, że Jancarz już zawsze będzie miał swoje miejsce w historii miasta, nawet wtedy, kiedy na świecie nie będzie już choćby jednego kibica, który widział go na stadionie. Tak właśnie jest w Lesznie, gdzie ikoną żużla jest Alfred Smoczyk, który zginął również poza torem i to już tak dawno, że jedynie kilku kibiców oglądających mecze Unii widziało go w akcji. Te dwie postacie żyjące w jakże odmiennych epokach łączy więcej niż komukolwiek by się wydawało. Obaj byli kochani przez kibiców i obaj mieli pogrzeby, jakich w historii miast nie było. Obaj też mają stadiony swojego imienia, na których są rozgrywane światowe imprezy. I jeden i drugi mają też pomniki - Jancarz w centrum miasta, zaś Smoczyk przy głównej bramie stadionu. Różni może ich tylko to, że Smoczyk ma w Lesznie swój uświęcony tradycją memoriał, na który nie próbował dokonać zamachu żaden z leszczyńskich prezesów, w przeciwieństwie do memoriału gorzowskiego, który obecni działacze skutecznie ukatrupili i nawet się tego nie wstydzą, a była to przecież impreza milsza sercom kibica niż bezduszne Grand Prix. Ale jakże by mieli się wstydzić, skoro jeszcze rok temu próbowali dokonać zamachu na nazwę stadionu, co na szczęście skutecznie wybili im z głowy kibice, którzy kierowali się zdrowym staropolskim przysłowiem - "Dłużej klasztora niż przeora". Czy któryś z obecnie żyjących gorzowskich zawodników może w przyszłości zająć w sercach kibiców takie miejsce jak Edward Jancarz? Ja takiego kandydata nie widzę, bo Zenon Plech porzucił Gorzów na rzecz Gdańska, dla Andrzeja Pogorzelskiego Gorzów był ważnym, ale tylko z przystankiem, a Piotr Świst w końcówce kariery niepotrzebnie poróżnił się z kibicami. Inni, którzy tylko czasowo reprezentują barwy Stali, nie mają żadnej szansy dłużej zadomowić się w sercach kibiców, bo dla nich Gorzów to być może i przyjemne miasto, ale poza kasą nic ich z nim nie łączy.

Swoją legendę ma też Toruń, a historia dopisała jej niesamowicie ciekawy finał. Bohaterem Torunia w latach pięćdziesiątych był Zbigniew Raniszewski, który zdobywał medale mistrzostw Polski, reprezentował też nasze barwy w imprezach międzynarodowych. W 1956 roku na wiedeńskim Praterze odbywał się mecz Austria - Polska. Warunki w jakich rozgrywano zawody były skandaliczne, bo tor nie posiadał bandy, a tuż za torem były trybuny dla kibiców, do których prowadziły betonowe, niczym nie osłonięte schody. Raniszewski podcięty przez austriackiego zawodnika z całym impetem wjechał w tą betonową pułapkę i zginął na miejscu. Zarówno austriacka jak i polska prasa skwitowały jego śmierć jako tragiczny wypadek w sportowej walce. Nie było telewizji, więc nikt nie mógł poznać prawdy, nawet rodzina żużlowca. Dopiero po ponad pięćdziesięciu latach córka żużlowca z kilkusekundowego filmu, umieszczonego na internetowym You Tube, dowiedziała się jak zginął jej ojciec, bo wypadek sfilmowała przed laty austriacka kronika filmowa. Po jakimś czasie w austriackich archiwach znaleziono też film pokazujący cały tragiczny bieg. Wynika z niego jasno, że do śmierci żużlowca nigdy by nie doszło, gdyby Austriacy zadali sobie trud choćby elementarnego zabezpieczenia toru, nawet zwykłymi workami ze słomą. Rodzina nigdy nie otrzymała choćby grosza odszkodowania, a Zbigniew Romaszewski żyje tylko w pamięci kibiców. Zapewne film z tego tragicznego wydarzenia przypomni jego postać i utrwali ją tak, jak my utrwaliliśmy Jancarza, a Leszno Smoczyka, bo Raniszewski zasłużył sobie na to nie mniej niż oni dwaj.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny

Więcej o: